Skip to content

„Baronowa jazzu” Hannah Rothschild [recenzja]

Co takiego jest w jazzie, że porywa kolejne pokolenia? Co w sobie ma ta muzyka, że inspiruje rzesze artystów, niesie natchnienie pisarzom, uzależnia od siebie ludzi? Te pytania nurtowały mnie jeszcze przed lekturą książki, ale naiwnie wierzyłam, że będę w niej potrafiła znaleźć odpowiedź lub chociaż zwęszyć właściwy trop.

baronowa_jazzu

„Baronowa Jazzu”, książka o Pannonice „Nice” Rothschild, została napisana przez jej cioteczną wnuczkę – Hannah Rothschild. Powstawała przez ponad 20 lat. Bibliografia do niej byłaby z pewnością obiektem zazdrości niejednego badacza (to ponad 16 stron drobnego druku). Jednak na ile krytyczna, wiarygodna i szczera może być biografia napisana przez członka rodziny o kimś bliskim?  Mało tego, rodziny, która od niemal dwóch wieków jest jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych w Europie i na całym świecie.

Przez prawie 300 stron dowiadujemy się mnóstwa detali o życiu prywatnym kilku pokoleń rodu Rotschildów. Dalekie jest to jednak od nudnego wałkowania historii. Uczestniczymy w powolnym i fascynującym malowaniu portretu rodziny. Nie zaglądamy do nich przez dziurkę od klucza, ale wchodzimy swobodnie głównym wejściem. Autorka książki, która daje nam taką nieskrępowaną możliwość, w swoich opowiadaniach nie kryje złośliwości, ale zachowując właściwy dystans, a przede wszystkim ogromną, wręcz dziecięca ciekawość, daje nam dostęp do historii, której każde kolejne zdanie sprawia, że mamy ochotę przecierać oczy ze zdumienia.

Pannonica Rothschild była czwartym dzieckiem w rodzinie. Już od pierwszej chwili życia nie spełniła wysokich oczekiwań swojej rodziny, bo nie urodziła się chłopcem. Z całej czwórki jednak była zdecydowanie najbardziej krnąbrna i silna, ale przez to również odważna. Jej ojciec zaraził ją ogromną miłością do muzyki, którą zresztą zawsze dzieliła ze swoim ukochanym bratem Victorem. Ostatecznie to ona związała swoje życie z muzyką, mimo wszystkich krytycznych głosów ze strony rodziny. Czy na tym wygrała?

Nie bała się niczego, jak chociażby poślubienia niemal nieznanego mężczyzny, latania prywatnym samolotem, gdy świat pożerała druga wojna światowa, jazdy Bentleyem po ulicach Nowego Yorku z prędkością znacznie przekraczającą przepisy. Gdy w grę wchodziło jej szczęście i poczucie wolności, robiła to, co uważała za słuszne.

Wydaje się, że Hannah Rothschild całą historię zawartą w książce traktuje jak wielką ciekawostkę. A może łamigłówkę, której rozwiązanie ma jej samej przynieść odpowiedź na pytanie, jakie już na samym początku przykuło moją uwagę:

„Czy można uciec od swojej przeszłości, czy na zawsze jesteśmy uwięzieni pod grubą warstwą odziedziczonych postaw i dawnych oczekiwań?”.

Może i, owszem, brzmi nieco zbyt dramatycznie, bo po co dziedziczce fortuny uciekać od swojej przeszłości? Jak mówi przysłowie: najedzony głodnego nie zrozumie. W pierwszej części książki autorka z premedytacją daje nam odczuć przepych, bogactwo i snobizm, jaki panował w rodzinie Rotschildów w okresie młodości Niki. Dopiero po nasyceniu się tymi wszystkimi historiami, które, wydawać by się mogło, wycięte zostały ze scenariusza hollywoodzkiej produkcji, można pojąć, o co tak naprawdę walczyła Nika i dlaczego jeden utwór był w stanie zmienić jej całe życie. Paradoksalnie od momentu zamieszkania w Nowym Yorku tytułowa bohaterka przestaje istnieć w tej historii. Miałam momentami wrażenie, że książka od tego momentu opowiada o kolejnych nowojorskich jazzmanach, a Nika pojawia się wśród nich tylko w nabożnie wypowiadanych słowach o niejakiej „baronowej”.

Dzięki Hannah podążamy krok w krok za fascynującym życiem Baronowej Jazzu, białej kobiety zakochanej w muzyce czarnych. Pisarka rozbiła nieuchwytnymi dźwiękami bepopu zmanierowany wizerunek dziedziczki, zostawiając tylko Nikę Rothschild. Kobietę piękną, wrażliwą, ale przede wszystkim rozdartą między nazwiskiem a potrzebą bycia sobą. Może właśnie to rozdarcie pozwoliło jej dać się oczarować jazzem, który też jest muzyką uciśnionych, stworzoną przez niewolników, a później ich afroamerykańskich potomków, którzy mimo braku „właściciela” w wielu kwestiach wciąż nie byli wolni. Erich Fromm napisał w swojej książce „Ucieczka od wolności”, że prawdziwa wolność bierze się ze świadomości własnych ograniczeń. Nika zawsze wiedziała, że nigdy nie uda jej się uciec przed przeszłością, ale nigdy też nie chciała tego robić. Wydaje mi się, że musiała tylko czuć się potrzebna. Taka była przy swoich jazzmanach i to oni w każdym granym przez siebie utworze dawali jej wolność.

Książkę tę powinni przeczytać zarówno smakosz jazzu, jak i kompletny Jack (slangowe określenie osoby nieobeznanej), bowiem „Baronowa…” to nie tylko opowieść o muzycznym półświatku i jego muzie, ale również o kobiecie, która odważyła się być sobą w każdym momencie i za każdą cenę. Nie jest to typowa biografia osoby, a raczej pretekst do zagłębienia się w realia życia i twórczość wybitnych nowojorskich jazzmanów. Należy to traktować jako atut, bo książka będzie atrakcyjna zarówno dla fanów gatunku, jak i osób, które od biografii stronią. Z pewnością warto zapoznać się z pozycją, już sam wzrok Niki spoglądającej na nas z okładki na długo zapada w pamięć, a co dopiero cała jej historia.

 

Tytuł: „Baronowa jazzu”

Autor: Hannah Rothschild

Wydawnictwo: Wydawnictwa Czarne

Rok wydania: 2014

Link do strony wydawnictwa