Skip to content

Psychopaci – magnaci, czyli koryfeusze okrucieństwa w XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej

Janusz Tazbir, znakomity historyk epoki nowożytnej, pisał niegdyś że: „inna była bowiem skala okrucieństwa na tak zawsze niespokojnej Ukrainie, inna zaś w Wielkopolsce czy Prusach Królewskich, odmienna wreszcie na Podkarpaciu lub na stałych szlakach przemarszu czambułów tatarskich”. Niemniej jednak na każdym z wyżej wymienionych obszarów występowały jednostki na tyle specyficzne, by można je nazwać koryfeuszami okrucieństwa lub po prostu psychopatami. Często bywało tak, że najbardziej okrutni byli ci najbogatsi, ci którzy mogli sobie na to pozwolić, za nic mając sądy i trybunały. Lista takich osób jest niezwykle długa, dlatego też pozwolę sobie przytoczyć tylko kilka „wybitnych” postaci, które przeszły do historii jako bezwzględne i mające skłonności do zadawania cierpień innym.

Poczet okrutników szlacheckiej Rzeczpospolitej otwiera Tomasz Czapski (1711-1784), reprezentant jednego z najbardziej znaczących rodów Prus Królewskich.  Magnat ten był w posiadaniu ogromnego majątku w prowincji pruskiej, powiększonego później o dobra swojej kuzynki Marii Czapskiej dzięki zawarciu z nią małżeństwa. Słynął on także z pasji kolekcjonerskich, czego dowodem była zgromadzona przez niego ogromna biblioteka, która później stanowiła podwalinę Biblioteki Ordynacji Krasińskich. Co ciekawe, wraz z bratem – Pawłem Tadeuszem – przyczynili się też do powstania Muzeum Przyrodniczego w Gdańsku. Ważnym wydarzeniem w jego życiu było wstąpienie do paryskiej loży masońskiej, dokonał tego jako pierwszy Polak. Jednak do historii przeszedł nie jako kolekcjoner czy mecenas sztuki, ale jako okrutnik i awanturnik, pieniacz i zawadiaka, który niemal we wszystkich widział swoich wrogów. Franciszek Karpiński napisał o Czapskim następująco: „był okrutny, że tych których nie lubił albo winnymi sobie osądził w beczkę nabitą brantlami [gwoźdźmi żelaznymi do przybijania desek] sadzał i takie beczki, dla swej rozrywki, przed sobą toczyć kazał. Do dnia dzisiejszego w archiwach zachowało się kilka relacji wskazujących na to, że Tomasz Czapski rzeczywiście znęcał się nad swoimi poddanymi. Świadczyć o tym mają liczne ucieczki poddanych do dóbr jego sąsiada, a zarazem zagorzałego wroga – Jana Klemensa Branickiego. Efektem tych sporów były chociażby starcia zbrojne pomiędzy magnatami i liczne procesy sądowe. Matka Czapskiego, Konstancja z Gnińskich, pisała o synu w liście do swojej córki, że nie żałowałaby, żeby się burdów oduczył,[…] bo serce matki musi koniecznie boleć na niepotrzebne kłótnie. Ciekawostką jest fakt, że  i ona, podobnie jak syn, nie słynęła z „dobrego” traktowania poddanych.

Tomasz Czapski
Tomasz Czapski

 

Kroniki parafialne również upamiętniły negatywne zachowania starosty knyszyńskiego. W jednym z tego typu przekazów możemy przeczytać informację: gorzej niż Szwedzi i Moskale gnębił podległą sobie ludność w starostwie bratiańskim wraz ze swym dzierżawcą Jeżewskim: qui ambo hominum sanguinem ut dracones sugebant,[tak iż] incolae annihilati et penitus attriti per Jeżewski et Czapski – Ci obaj krew ludzi, jak smoki wysysali, [tak iż] mieszkańcy [byli] zniszczeni i całkiem  rozbici przez Jeżewskiego i Czapskiego.

Najbardziej narażona na kaprysy Czapskiego była ludność żydowska, która jak pozostali mieszkańcy dóbr tego magnata uciekała do dóbr hetmana Branickiego.

Mówiąc o jego skłonnościach do znęcania się nad innymi, nie sposób nie wspomnieć o „lodowni”, gdzie zamiast przechowywać żywność, zamykał skłóconą z nim szlachtę. Tak też się stało w 1768 r., z dwoma szlachcicami ze starostwa sobowickiego. Czapski już wcześniej sądził się z tymi szlachcicami, którzy uzyskali na nim dwa wyroki w sądach chełmińskim i tczewskim. Po śmierci starosty sobowickiego kazał ich pojmać, zakuć w kajdany i uwięzić.

Jak można się domyślić sądy i trybunały często zajmowały się sprawami Tomasza Czapskiego. Trafiały do nich  skargi i oskarżenia od wielu osób, którzy doznali krzywd ze strony magnata. Co ciekawe, nie tylko miejscowa ludność musiała walczyć i procesować się z Czapskim. Również jego brat Paweł Tadeusz prosił o wstawiennictwo Jana Klemensa Branickiego, by ten pomógł mu walczyć z bratem. Do grona oponentów Czapskiego zaliczyć należało miasto Gdańsk, które wg pruskiego magnata, zagrażało prawom szlachty. Z punktu widzenia psychiatrii nadanie Czapskiemu miana psychopaty nie będzie błędem.

 

Do kręgu koryfeuszy okrucieństwa wpisać należy również Mikołaja Bazylego Potockiego (ok. 1706-1782), będącego jednym z najbogatszych magnatów Rzeczpospolitej. Podobnie jak Tomasz Czapski był skłócony z Janem Klemensem Branickim i podobnie jak on dzierży miano jednego z wielkich okrutników osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej. Potocki niewątpliwie był osobą o dwóch twarzach. Pierwsza pokazuje nam go jako osobę wierzącą i dobroduszną. Był fundatorem zespołu cerkiewno-klasztornego w wołyńskim Poczajowie, a także wspierał dominikanów w Podkamieniu. Zmarł jako zakonnik, co skłania nas do myśli, że mógł żałować swojego niezwykle hulaszczego życia. Jednak to nie z powodu pobożności zapisał się w historii, lecz ze względu na czyny, które pozwalają go umieścić w „pierwszej lidze” psychopatów świata szlacheckiej Rzeczpospolitej. Lista jego występków jest tak długa, że skupimy się tylko na kilku.

Mikołaj Bazyli Potocki
Mikołaj Bazyli Potocki

Przez wiele lat toczył prywatną wojnę ze Lwowem. Doszło nawet do skazania go na banicję, jednak do wyegzekwowania kary nie doszło, ponieważ kresowy magnat dał odpowiednim osobom sporą łapówkę. Uniknął on więc kary, na którą niewątpliwie pracował. Relacje wspominają, że był odpowiedzialny za zabicie ponad 40 osób, a także za zamach na abpa Karola Wyżyckiego, co powodowało, że nie był lubiany również wśród duchowieństwa.

Żył w otoczeniu nadwornych kozaków, w asyście których objeżdżał swoje rozległe dobra, a także najeżdżał majątki sąsiadów. W swoich posiadłościach pozwalał sobie na wszystko. Był surowy wobec poddanych: chłopów, mieszczan i Żydów, którym nie szczędził bata. Podobnie traktował dzierżawców swych majątków, którzy niejednokrotnie byli karani za wydumane przewinienia. Potocki zaś z lubością przypatrywał się egzekucjom. Swe sadystyczne zabawy realizował z absolutnym brakiem odpowiedzialności za swe czyny. Za nic miał pobicie sąsiada, poturbowanie mieszczanina lub Żyda. Czasem opłacało się to poszkodowanemu, który za pobicie nie raz otrzymywał rekompensatę. Wg niektórych, niejednokrotnie zdarzało się, by poddani prowokowali burdy z niezrównoważonym magnatem. Nic jednak nie sprawiało większej przyjemności Potockiemu, jak strzelanie z wiatrówki do kukułek, czyli posadzonych na gałęzi wiejskich kobiet. Pomimo tego kochał kobiety. Nie miało dla niego znaczenia czy kobieta była panną, mężatką, szlachcianką, Żydówką czy nawet chłopką. Otaczał się wszystkimi, które wpadły mu w oko i tworzył swój prywatny harem. Z. Krasiński pisał niegdyś o Potockim: „Ów, starosta, baby strzelał po drzewach i Żydów piekł żywcem”. Natomiast Seweryn Goszczyński w jednej ze swoich prac mówi o staroście: „poi gromady, roztrzeliwa baby”.

Już za życia był postacią legendarną. Spowodowane to było prowadzeniem kozackiego trybu życia. Niemniej jednak znany był z okrucieństwa, których wraz ze swą świtą dopuszczał się po pijanemu. Ludowa pieśń ukraińska przypomina o zabitej przezeń w Łucku, niejakiej bednarzównie. Pełne charakterystycznych zawijasów pismo starosty kaniowskiego mogłoby stanowić dla grafologa klucz do psychiki, czy wręcz psychopatii kresowego magnata. Jego postać owiana jest legendą, która do czasów dzisiejszych przetrwała m.in. dzięki utworom literackim.

 

Karol Stanisław Radziwiłł
Karol Stanisław Radziwiłł

Wśród koryfeuszy okrucieństwa znajdziemy także przedstawicieli rodu Radziwiłłów. Pierwszym z nich był Karol Stanisław Radziwiłł „Panie Kochanku”. Jeden z członków rodziny Sułkowskich nazwał tego litewskiego magnata „półzwierzem” i „opojem”. Z kolei francuz Dumouriez pisał o nim w następujący sposób: „Najbogatszy pan w Polsce, ale głupie bydlę„. Było w tym wiele prawdy. Dał się poznać jako człowiek podejmujący decyzje pochopnie w niemal każdej sytuacji. Być może taki stan rzeczy był spowodowany, tak jak u innych magnatów, beztroskim wychowaniem. Wielokrotnie zdarzało mu się strzelać do ludzi podczas zabaw. Przykładowo, Karol Stanisław, dowiedziawszy się że żona go zdradziła z niejakim Bohuszem, strzelił do kochanka. Bohusz miał dużo szczęścia, ponieważ „Panie Kochanku” nie trafił przez nadmiar alkoholu we krwi. Był to punkt zwrotny w życiu litewskiego magnata. Jak sam stwierdził nieudane małżeństwo popchnęło go do pijaństwa. Mało jest w tym prawdy, bowiem od dawien dawna lubił spożywać alkohol, przede wszystkim wino. Jego pijackie zabawy upamiętnił nieoceniony Jędrzej Kitowicz w „Opisie obyczajów za panowania Augusta III”, w którym zanotował: „Skropić kijem z tyłu nieznacznie, piącemu przybić kielich do gęby aż do zachłystnienia, nalać z tyłu za kołnierza wina leniwo pijącemu, dwom rozmawiającym z sobą z bliska zetchnąć głowy silnie…” Wraz z innymi awanturnikami bardzo często oddawał się hulankom. Matuszewicz w swoim pamiętniku z przerażeniem pisze: „Trudno wszystkiego opisywać, jakie czasem dziwactwa książę pijany robił; słowem, jak się książę i drudzy z nim popiją, tedy tam jak w piekle było„. We znaki dał się również Annie Tyszkiewiczowej i biskupowi Ignacemu Massalskiemu, którym to włamał się do domu i wszczął awanturę.

Jednak najbardziej w swoich ponurych żartach dał chyba „popalić” Pacowi, pisarzowi litewskiemu, który wyzwał „Pana Kochanku” na pojedynek. Ten, nie chcąc walki kazał porwać go i zainscenizować jego egzekucję przy obecności kata. Pac płacząc, błagał o litość, a wtedy ten przyznał się, że był to żart. Jednak Radziwiłł nie zawsze był skory do żartów. Zdarzało mu się, że kazał swoim ludziom zabić osobę, która zaszła mu za skórę. Przykładem służy nam niejaki Wołodkowicz, rozstrzelany przez swojego przyjaciela Krajewskiego na rozkaz „Panie Kochanku”. Nie będzie błędem stwierdzenie, że historiografia pamięta go jako wzorzec ciemnoty, awanturnictwa, opilstwa, chamstwa i anarchii. Kilku autorów podejrzewało tego magnata o ekshibicjonizm lub nazywało  „opętanym Radziwiłłem”. Warto jednak podkreślić, że był aktywny na polu polityki i zyskał popularność wśród biedniejszej szlachty, a jego osoba wymaga szerszego opracowania, które pozwoli zweryfikować pewne poglądy na temat jego życiorysu.

 

Hieronim Florian Radziwiłł
Hieronim Florian Radziwiłł

Ród Radziwiłłów wydał kilku magnatów mających skłonności sadystyczne. Obok „Panie Kochanku” widzimy jego krewnego Hieronima Floriana Radziwiłła. Co ciekawe, w przeciwieństwie do innych wyżej wymienionych okrutników nie lubił alkoholu, a co więcej karał w dość okrutny sposób osoby, które spożywały go w nadmiernej ilości. Jednak tak, jak pozostali był okrutnym ekscentrykiem. Otaczał się cudzoziemcami, utworzył prywatną armię wzorowaną na wojsku pruskim, a także wierzył w przesądy. Do końca życia był przekonany, że zostanie królem, ponieważ tak mówiła mu przepowiednia. Hieronim Florian Radziwiłł przejawiał bardzo złe cechy charakteru, przez które ucierpiała jego rodzina oraz najbliższe otoczenie. Świadczyć o tym mogą chociażby dwa rozwody, które wziął z Teresą Sapiehą, a później z Magdaleną Czapską. Znany był ze srogości i okrucieństw, których dopuszczał się zarówno na chłopach, jak i na szlachcie. Oficerowie jego prywatnej armii również byli narażeni na gniew Radziwiłła, który często za brak dyscypliny kazał ich wieszać. Na zamkach w Białej i Słucku zbudował więzienia, do których wtrącał każdego, kto w jakikolwiek sposób mu się sprzeciwił. Wierząc przekazom, lochy przez cały czas były wypełnione aż po brzegi i to właśnie tam dopuszczał się tortur nad więźniami. Był osobą pyszną, lubiącą przepych oraz chwalenie się swoimi możliwościami. Organizował często parateatralne inscenizacje bitew czy oblężeń, w których to lała się gęsto krew. To daje nam pewne wyobrażenie o zachciankach tego magnata. Oczywiście błędem byłoby nie wspomnienie o Janie Wolskim, który wspierał Radziwiłła w popełnianiu wielu zbrodni.

Tępił nadgorliwość, przykładem służy nam pewien oficer, który: „wciąż kręcił się przy książęcych komnatach, spytał go więc Hieronim Florian – a cze-cze-cze-czemu to wasze tak tu łazisz. – Chciałbym być zawsze na widoku jaśnie panie i zawsze do usług – odrzekł tamten. Książe słysząc to kazał oficera powiesić w świetle bramy zamkowej, a do zgromadzonych przy kaźni rzekł – te-te-te-teraz będę go miał zawsze na widoku”.

Marcin Mikołaj Radziwiłł
Marcin Mikołaj Radziwiłł

 

Ostatnim z rodu Radziwiłłów, którego można określić mianem wielkiego okrutnika był Marcin Mikołaj, krajczy litewski i ordynat ołycki. Od wczesnej młodości przejawiał duże zainteresowania nauką, czego dowodem były liczne znajomości zawierane z uczonymi. Wierząc osiemnastowiecznym relacjom miał dużą wiedzę z zakresu chemii i medycyny, ponadto posiadał zdolności muzyczne. Bardzo pociągała go alchemia i poszukiwania kamienia filozoficznego.

Z biegiem lat obserwowano u niego pogłębiającą się chorobę umysłową. Prawdopodobnie to ona spowodowała u niego nadmierną agresję wobec innych. W przeciwieństwie do innych okrutników lubił towarzystwo ludności żydowskiej, co więcej, przeszedł na judaizm i zaczął się uczyć hebrajskiego. Pomimo tego, że był jednym z najbardziej bogatych magnatów na Litwie, to w jego dobrach panował głód i ubóstwo. Cierpieli nie tylko jego poddani, ale również rodzina, która nota bene została uwięziona w jednej izbie w niewygodnych warunkach. Podobnie jak Mikołaj Bazylii Potocki posiadał liczny harem, składający się z porwanych lub kupionych dziewczyn.

Tak jak wielu innych uwielbiał wszczynać awantury i napadać na dobra sąsiadów. Posuwał się nawet do napaści i porwań na drogach, tylko po to by dla rozrywki uwięzić ludzi. Sam był odpowiedzialny za wiele zabójstw, których nie bał się dokonywać. Dzięki łapówkom udawało mu się skutecznie omijać wyroki sądowe. Mniej szczęścia miał jego sługa i towarzysz licznych bijatyk, niejaki Grabowski, który został stracony na rozkaz Trybunału w Piotrkowie.

Jego zła sława dotarła nawet na sejmiki, które chciały ukarać Radziwiłła. Marcin Mikołaj miał dużo szczęścia, ponieważ dzięki wsparciu Mikołaja Kazimierza Radziwiłła udało mu się uniknąć kary. Mimo to został zmuszony do poddania się kurateli, co osobiście zatwierdził król August III. Opiekę nad nim przejął jego bliski krewny, znany nam, Hieronim Florian Radziwiłł, który trzymał go w Białej w jednym ze swych lochów.

Przede wszystkim Hieronim Florian kazał uwolnić żonę księcia krajczego, Martę Trembicką, która wraz z trzema małoletnimi synami była zamknięta w osobnym pokoju. Pomieszczenia nie opuszczała już od lat, albowiem książę Marcin uważał, że ma ona wrodzone predyspozycje do zdrady małżeńskiej. Była więc wraz z dziećmi pilnowana przez cały czas. Warunki w jakich żyła księżna Marta były wprost upiorne – w pokojach nikt nie sprzątał, nie było żadnych urządzeń do podstawowej higieny, panował straszny smród, a młodzi Radziwiłłowie byli na granicy obłędu. Poza tym, byli wiecznie głodni i gryzieni przez wszy. Widok był straszliwy i wstrząsnął nawet księciem Hieronimem, który prowadząc również dziwaczne życie, przywykł do widoku okropności.

W tym samym czasie trwało dalsze przeszukiwanie dóbr Marcina Mikołaja. Książę Hieronim zaczął je od uwolnienia dziewcząt z haremu. Krajczy litewski posiadał bowiem harem prawdziwy, złożony z kupionych i porwanych dziewcząt, które służyły księciu krajczemu do rozrywek, a życie ich upływało w dostatku i spokoju w przeciwieństwie do poddanych oraz rodziny.

Marcin oddawał się różnym dziwnym eksperymentom, jak na przykład destylacja ciał zmarłych przy porodzie niemowląt, które to destylaty wysyłał potem do Amsterdamu, do tamtejszych żydowskich mędrców. Jednak najgorsze odkrycie ujrzało światło dzienne dopiero na końcu. Oto w najciemniejszych zakamarkach czarnawczyckiego dworu, gdzie nie było już ani krzty światła, siedziały pozamykane małe dziewczynki w nędznych koszulach lub wprost nagie. Dzieci te przebywały tam wiele dni bez jedzenia, bez wygód, śpiąc na gołej podłodze i gapiąc się bezmyślnie w ściany. Były to tak zwane „kadetki” czyli ładne dziewczynki, które książę Marcin zauważył gdzieś w czasie swoich licznych wojaży i kazał porywać lub kupować, a potem trzymać w zamknięciu póki nie dojrzeją i nie będą się nadawały do tego co dziś zwiemy eufemistycznie „czynami lubieżnymi”. Widok ten zasmucił księcia Hieronima, ale niestety nie wiemy, co jaśnie oświecony uczynił z owymi nieszczęśliwymi dziećmi.

 

Jak widać osoby te można z powodzeniem zaliczyć do największych dziwaków, okrutników czy ekscentryków osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej. Jest to oczywiście kilka przykładów, które świadczyć mogą o tym jak wiele mógł magnat tamtych czasów. Do tych jednostek można zaliczyć szereg innych, jednak ze względu na ich mnogość pozwoliłem sobie wybrać te chyba najbardziej charakterystyczne. Nie warto również zapominać, że okrucieństwa przynosiły wojny lub np. spory pomiędzy skłóconymi szlachcicami. Tego typu przypadki opisywał m.in. Władysław Łoziński w swojej książce pt. „Prawem i Lewem”. Niewątpliwie takie tematy będą się cieszyły dużą popularnością wśród historyków i pasjonatów historii. Niemniej jednak potrzeba szerszych badań, by wiele z tych domniemań, informacji czy plotek zweryfikować.